poniedziałek, 24 grudnia 2012

Świąteczny Duch

Na wstępie informuję, że dzisiejsza notka nie ma absolutnie nic wspólnego z poprzednimi lub przyszłymi. Jest zwyczajną wyrwaną z kontekstu opowieścią zawierającą może troszkę aluzji do innych notek. Miłej lektury :D do której polecam ten o to LINK :D

                                                                 *   *   *   *   *

  Słońce leniwie muskało sawannę pierwszymi promieniami. Najchętniej zrobiłoby sobie wolne w ten szczególny dzień, jak każda inna istota, ale cóż, praca to praca.
Mała lwiczka ścigała się ze słońcem chcąc jak najszybciej dotrzeć do celu. Jej brat plątał sobie łapy pędząc za nią na łeb na szyję. Nie miał pojęcia skąd w niej tyle energii.
  Navali dotarła pod ogromny baobab jeszcze spowity w ciemnościach. Gdy Ravu przybiegł cały zdyszany, jego siostra już wspinała się na górę. Zrezygnowany ruszył za nią.
  Na szczycie drzewa kołysała się futrzasta czapka zrobiona ze skóry jakiegoś dziwnego zwierza, a na jej czubku kołysał się pompon. Dopiero po chwili dotarło do lwiczki, że to cudaczne coś siedzi na głowie Rafikiego, który malował dziwaczne znaczki na pniu drzewa.
 - Dzień dobry, Rafiki - krzyknęła uradowana Navali.
 - Witaj, kochanie - odpowiedział szaman nie przerywając pracy.
Nagle koło lwiczki pojawiła się łapa, która desperacko próbowała wciągnąć na górę resztę ciała.
 - Witaj... Ra...fi...ki... - wydyszał młody lew łapiąc oddech.
Pawian odwrócił się do swoich gości, a pompon na jego czapce zadźwięczał.
 - Co masz na głowie? - spytały równocześnie lwy.
Szaman zaśmiał się serdecznie.
 - To świąteczna czapka. Widzę więc, że nie macie pojęcia jakie dzisiaj mamy święto, prawda?
Lwiątka pokręciły głową. Rafiki otoczył Navali ramieniem i usiadł obok niej na wystającej gałęzi.
 - Dzisiaj jest Wigilia Świąt Bożego Narodzenia. Gdzieś tam - wskazał na horyzont, znad którego podnosiło się słońce - w dalekich krajach inne stworzenia co roku obchodzą to święto. Upamiętnia ono narodziny kogoś bardzo ważnego. Tu, w Afryce raczej się go nie obchodzi, ale istnieje pewna legenda dotycząca tego święta. Chcecie posłuchać?
 Navali zaczęła kiwać główką z taki zapamiętaniem, że Ravu bał się, że jej odpadnie. Szaman uśmiechnął się i podjął swą opowieść.
 - Bardzo dawno temu, na tej sawannie żył pewien lew. Miał na imię Roho, co znaczy duch. Roho był bardzo dobrym lwem, pomagał każdemu, kto znalazł się w potrzebie. Pewnego dnia usłyszał od wędrownych ptaków o Bożym Narodzeniu. Usłyszał o radości, miłości i cieple. Postanowił więc wykraść zapasy z Lwiej Skały i podzielić się nimi z potrzebującymi i głodującymi. Nie obdarował tylko lwów. Osobiście przeczesał całą sawannę w poszukiwaniu istot, którym należał się prezent. Od tej pory, co roku rozdawał prezenty. Oczywiście nikt o tym nie wiedział, a muszę wam powiedzieć, że miał bardzo duże ułatwienie. Jako książę miał pełen dostęp do królewskich spiżarni. Kiedy umarł Duchy Przodków, które były pod wielkim wrażeniem jego bezinteresowności pozwoliły mu kontynuować swoją działalność. Raz w roku, właśnie w Wigilię powraca na ziemię i dostarcza prezenty wszystkim bez wyjątku. Robi to oczywiście w nocy, aby nikt go nie zauważył.
 - Mówiłeś, że Roho był księciem. Był z nami spokrewniony? - spytał Ravu.
 - Był dziadkiem dziadka twojego dziadka. Czyli sam widzisz, było to raczej dawno - uśmiechnął się szaman.
 - I on naprawdę co roku przynosi prezenty? - spytała Navali z wzrokiem pełnym uwielbienia.
 - Oczywiście. Jeśli uwierzysz wszystko stanie się możliwe.

                                                             *   *   *   *   *

Słońce stało już w zenicie. Simba wyłonił się z czeluści Lwiej Skały i... zatrzymał się gwałtownie.
 - A cóż to takiego? - zapytał zdziwiony.
Przednim stał niemały krzak błyszczący się w promieniach słońca. Zza rośliny wyłoniła się włochata czapka.
 - To świąteczny krzaczek, wasza wysokość - odpowiedział Rafiki. - Twoja wnuczka prosiła mnie bym przyniósł na Lwią Skałę najpiękniejszego jakiego znajdę i oto jestem.
 - Opowiedziałeś jej legendę o Świątecznym Duchu?
 - To nie jest tylko legenda. A teraz pozwól panie, że wniosę to cudeńko do środka.
Rafiki chwycił krzaczek i zaczął go ciągnąć w stronę jaskini.

                                                            *   *   *   *   *

Kovar wpatrywał się z otwartymi oczami w kawałek złamanego patyka wbitego w ziemię. Jego końcówka dyndała smutno, jakby pogodziła się już ze swoim losem.
 - Doprawdy? - spytał lew unosząc brew i spoglądając na brata.
Thiai fuknął obrażony.
 - To nie była moja wina, że ostatni krzaczek zwinęła ta cwana małpa.
 - Ale to nie powód, żeby przynosić jakiegoś połamanego badyla...
 - Czy choć raz moglibyście dać sobie spokój? - spytała Vanashi podchodząc do braci. - Są święta i chociaż raz mógłby być tu spokój...
 - Ale to on zaczął! - krzyknął Thiai.
Lwica spojrzała na niego pobłażliwie.
 - Już Kovar jest bardziej dojrzały od ciebie. Błagam nie zachowuj się jak szczeniak...
 - Co tu się dzieję? - spytała Zanadi zeskakując z termitiery.
 - Nic, mamusiu - powiedział szybko Kovar zasłaniając kawałek badyla. - Ja i Thiai - wyraźnie zaakcentował to słowo zezując w stronę brata - właśnie wybieramy się po świąteczny krzaczek.
 Starszy lew już miał coś powiedzieć, ale Vanashi uszczypnęła go w łapę. Zanadi spojrzała na nich podejrzliwie, a oni wyszczerzyli się jak rozradowane piranie.
 - No dobrze... - powiedziała po chwili. - Tylko wracajcie szybko, bo kolacja nie będzie czekała wiecznie.
Gdy lwica zniknęła w termitierze Vanashi odetchnęła z ulgą. Thiai odwrócił się w stronę brata.
 - W coś ty nas wpakował?!
 - Załatwiłem nam porządne święta, choć raz byś się nie czepiał. Ale w sumie nic na to nie poradzisz, że odziedziczyłeś geny po ojcu...
 - A co to miało znaczyć? - Thiai zmrużył gniewnie oczy.
 - Że jesteś takim samym nieudacznikiem jak on.
Vanashi otworzyła szeroko oczy. Nie spodziewała się czegoś takiego po młodszym bracie.
 - Dobrze, już dobrze. - Szybko wbiegła między lwy. - Musimy znaleźć nowy krzaczek, nie pokarzemy przecież mamie tego badyla.
 - A wiesz gdzie można jakieś znaleźć? - spytał Thiai.
 - A tak się składa, że wiem. - Lwica się uśmiechnęła i ruszyła przodem.

                                                             *   *   *   *   *

 Navali wpatrywała się zafascynowana w to coś, co wyrosło w jej grocie. Świąteczny krzaczek błyszczał nawet w ciemnej jaskini.
 - Nadal tu siedzisz? - spytał Ravu przechodząc obok siostry.
 - Czekam na Roha, Świątecznego Ducha.
 - Ona nie istnieje...
 - Taak? To się przekonamy.
Ravu zaśmiał się i skierował w stronę wodopoju..

                                                                *   *   *   *   *

Vanashi przedarła się przez krzaki, a za nią jej bracia. Thiai miał coraz bardziej kiepski humor. Do zachodu słońca zostało już mało czasu.
 - Jesteśmy.
Kovar rozejrzał się. Wszędzie rosły błyszczące krzaczki, które swoją wielkością bynajmniej "krzaczków" nie przypominały.
 - Dalej, chłopaki. Znajdźcie najładniejszego i spadamy.
 - Co to w ogóle za miejsce?
Vanashi spojrzała na Kovara. Wolała nie odpowiadać na to pytanie. Jednak na samo wspomnienie tamtego wydarzenia policzki płonęły jej rumieńcem. Jedynym jego dowodem było malutkie lwiątko dojrzewające jej w brzuchu, tuż pod sercem.
 - Yyy, to miejsce? Znalazłam je przypadkiem. Dobra, znaleźliście już?
 - Ta może być?! - zawołał Thiai z daleka.
Jego "krzaczek" miał dobre dwa i pół metra wysokości, tak na oko.
 - Tak, wspaniałe. Możemy już wracać? Zaraz się ściemni, a Zanadi nie będzie czekała z kolacją. Dwa młode lwy wymieniły spojrzenia, ale nie chciały męczyć siostry. Ich żołądki bowiem już wypełniały aromaty, które już niedługo się zmaterializują.

                                                           *    *   *   *   *

Kovu trącił Kiarę nosem.
 - Dzieci są na dworze, podobnie jak reszta stada, a my jesteśmy tu całkiem sami... - szepnął jej do ucha i przysunął się.
Lwica się zaśmiała.
 - Choć raz mógłbyś się opanować? Nie wystarczy ci już maleństw do opieki?
 - Oj, tam. Można zaryzykować. Najwyżej znowu czekają nas nieprzespane noce. Poza tym są święta. Chyba zasługuję na prezent...
 - A byłeś grzeczny?
 - Bardzo. - Kovu polizał Kiarę po policzku, a ona się do niego przytuliła.
 - Kocham cię, wiesz? - szepnęła lwica.
 - Oczywiście, że wiem. Kocham cię jak wariat, aż po czubek mojego liniejącego już ogona.
 - Aż taki stary to chyba nie jesteś, co?
 - Stary, czy nie stary, na prezent i tak zasługuję.
Kiara znowu się zaśmiała i machnęła mu ogonem przed nosem.
 - Oczywiście, że tak... - wstała i ruszyła do Królewskiej Groty. - Wesołych świąt.
 - Wesołych świąt, kochanie.

                                                       *   *   *   *   *

Zanadi wtaszczyła krzaczek do termitiery i rozłożyła mięso, które gromadziła już od kilku dni. Święta to była jedyna rzecz, którą zapamiętała ze swojego dzieciństwa i chciała, żeby jej dzieci również traktowały je wyjątkowo.
 - Kolacja gotowa! - zawołała i patrzyła jak jej pociechy otwierają szeroko oczy ze zdumienia.
 - Wszystkiego najlepszego, mamo. - Powiedział Thiai.
 - Kocham cię, mamusiu - Kovar prawie przewrócił lwicę niespodziewanym wybuchem ciepła z jego strony.
 - Wszystkiego najlepszego, Zanadi - powiedziała Vanashi i uśmiechnęła się do niej.
 - Wesołych świąt, kochani. A teraz jedzcie, bo wyglądacie na strasznie głodnych.

                                                           *   *   *   *   *

Słońce już zaszło. Navali trzymała straż pilnując, czy w pobliżu nie czai się może Świąteczny Duch. Wszyscy mieszkańcy Lwiej Skały spali i tylko mała lwiczka kręciła się po grocie. Musiała udowodnić bratu, że Roho naprawdę istnieje. Jednak była coraz bardziej zmęczona. Położyła się na chwilkę, ale ciężkie powieki zamknęły się.
Nagle poczuła podmuch i usłyszała szelest. Navali szybko poderwała się z ziemi i spojrzała w stronę krzaczka. Coś leżało pod spodem. Jednak nie miała czasu. Biegnąc na dwór kopnęła Rava, budząc go ze snu.
Lew mrugał oczami. Zobaczył tylko biegnącą siostrę i coś leżącego pod świątecznym krzaczkiem.
Navali wbiegła na czubek Lwiej Skały. Było ciemno, ale ona doskonale go widziała. Roho błyszczał na tle ciemnej śpiącej sawanny i nocnego nieba. Jego bujna grzywa połyskiwała w świetle księżyca. Lwiczka szybko zbiegła ze skały i zbliżyła się do lwa. Nie chciała go spłoszyć, więc uśmiechnęła się przyjaźnie.
Ravu przeciągnął się i pobiegł po rodziców. Kiara i Kovu niechętnie się podnieśli, ale w końcu dali się przekonać. Gdy cała trójka znalazła się na czubku skały, zobaczyli Navali w towarzystwie jakiegoś lwa. Szybko udali się na dół.
 - Ty jesteś Roho, prawda? - Spytała lwiczka.
Lew kiwnął głową i się uśmiechnął.
 - Wierzysz we mnie? - spytał.
 - Oczywiście, że tak. - Navali zaczęła energicznie kiwać główką.
 - W twojej grocie czekają prezenty. Nie ma tam jednak podarku dla ciebie. Nie martw się jednak. Zajrzałem w twoje serce i wiem czego ci potrzeba. Możesz być pewna, że nie długo to dostaniesz.
 - Navali! - Krzyknął Kovu z daleka.
Lwiczka odwróciła się w stronę rodziny.
- Co ty tu robisz, skarbie? - spytała Kiara.
- Mamo, był tu Roho, rozmawiałam z nim. Powiedział, że w grocie czekają prezenty.
- Dobrze, kochanie. Chodźmy sprawdzić, co takiego zostawił wam Świąteczny Duch.
Navali jako pierwsza wpadła do groty.
- Zobaczcie. Są! Są! - wykrzyknęła.
Nagle na zewnątrz rozbłysły światła. Królewska rodzina (zapewne przez wrodzoną ciekawość) szybko wybiegła by zobaczyć to osobliwe zjawisko.

                                                           *    *   *   *   *

Zanadi i reszta jej klanu siedziała na czubku termitiery wpatrując się w osobliwe światła migoczące wśród gwiazd. Vanashi pomyślała sobie życzenie. Chciała by następne święta, powiększone o jeszcze jedną istotkę, były równie magiczne i pełne ciepła.

                                                           *   *   *   *   *

Kiara, Kovu, ich dzieci, oraz aktualnie urzędująca para królewska, czyli Nala i Simba wpatrywali się w niebo zauroczeni iluminacją świateł. Nagle wśród nich pojawił się ogromny błyszczący napis : KRISMASI NJEMA!
 - Wesołych świąt, kochanie - szepnął Kovu.
 - Wesołych świąt, kochanie - powiedziała Kiara i wtuliła się w męża.
Lwiątka wpatrywały się zdumionymi oczami w świecący napis. Nagle Navali dostrzegła błyszczący kształt wśród traw. Uśmiechnęła się promiennie.
 - Wesołych świąt, Roho - szepnęła cicho i przytuliła się do brata.

                                               KRISMASI NJEMA!

piątek, 26 października 2012

INFORMACJE

BLOG OFICJALNIE ZOSTAJE ZAWIESZONY DO ŚWIĄT!!! Z powodu braku czasu (wierzcie lub nie, ale przez cały październik mieliśmy 3 sprawdziany w tygodniu) przysiądę do tego przed świętami. Nieoficjalnie coś się może pojawić. Zapraszam również pod ten niedawno założony adresik:

                                           http://swiat-zmierzchu.blogspot.com/
                                         
                                                                  lub ten :)
                                                http://sagalotus.blogspot.com/


                            Życzę miłej lektury i zapraszam do komentowania :)

środa, 29 sierpnia 2012

VII : "Odzyskamy to, odzyskamy..."

 Zanadi obudziła się o świcie. Rozejrzała się czujnie. Kovar spał na kamieniu, Vanashi nie było, Thiai... Zaraz. Vanashi nie było? Więc uciekła dziś w nocy?
  "Głupia, myślała, że się nie zorientuję? Trzeba ją koniecznie znaleźć, inaczej nam przepadnie."
 Thiai leżał sobie spokojnie pochrapując. Zanadi na niego spojrzała.
  "Mogłam go wysłać... A on tak chciał iść... No cóż, mówi się trudno."
 Lwica wspięła się na najwyższą termitierę zwinnie omijając największe skupiska robactwa. Gdy dotarła na szczyt popatrzyła w dal.
  "Kiedyś to wszystko było nasze... Odzyskamy to, odzyskamy..."
 Zapatrzyła się na Lwią Ziemię. Wiedziała, że zdoła to odzyskać, ale wiedziała również, że nie zrobi tego mając do pomocy tylko prawie dorosłego syna i lwiątko. Musiała znaleźć sposób aby znaleźć kogokolwiek, kto by jej pomógł... Już wiedziała do kogo się uda...
 Zeskoczyła z termitiery starając się nie budzić synów. Spojrzała na starszego i zabolało ją serce. Był tak podobny do Nuki, do miłości jej życia...
 Kovar się obudził. Wstał i otarł się o łapy Zanadi jak malutki kociak.
  - Dzień dobry, mamusiu - mruknął i objął jej łapę.
 Rysy Zanadi złagodniały.
  - Dzień dobry, słoneczko - szepnęła i przytuliła syna.
 W takich właśnie chwilach cała nienawiść znikała. Krwiożercza bestia ślepo zapatrzona w Zirę zmieniała się w kochającą matkę. I tego właśnie pragnął Kovar. Pragnął matki.
 Zanadi kochała "swoje maleństwo", jak nazywała Kovara. Gdyby go straciła... Z jej życia zniknęło zbyt dużo rzeczy często brutalnie odebranych. Była przy śmierci Nuki, słyszała jego ostatnie słowa, widziała jak Simba go zabijał... Wtedy coś w niej pękło...
 Zawsze musiała walczyć, żeby przeżyć. Zanim trafiła na Złą Ziemię przeszła długą drogę.
 Gdy była mała jej stado, jej rodzina została zmasakrowana, przez jakieś dzikie lwy. Ojciec zginął broniąc jej i jej matki.
 Słyszała krzyki, płacz, widziała krew...
 Matka obroniła ją własnym ciałem, a mała Zanadi schowała się za skałą. Płakała słysząc odgłosy rzezi. Próbowała zasłonić łapkami uszy, ale to nic nie dało. Gdy mordercy odeszli, podeszła do matki i wtuliła się w jej zakrwawiony brzuch.
 Poczuła na sobie jej dotyk.
  - Odzyskasz to, skarbie, odzyskasz... - wyszeptała matka lwiczki i odeszła.
 Zanadi leżała wtulona w stygnące ciało całą noc. Wypłakała wszystkie łzy...
 Gdy wreszcie zmusiła się żeby stamtąd uciec, nie była już tą samą Zanadi. Już nie...
 Uciekała, cały czas biegła, próbowała uciec od przeszłości. Jednak nie jest to takie proste...
 Zawsze walczyła z napotkanymi lwami o pożywienie. Zachowywała się jak wściekły dziki zwierz spuszczony ze smyczy.
 Tak było dopóki nie spotkała Izagi. Izaga był samotnym ojcem z małą córką. Jego żona pewnego razu nie wróciła z polowania i nikt nie wiedział co się z nią stało. Postanowił przygarnąć Zanadi, zająć się nią. Wkrótce zajęła miejsce jego żony. Przez moment znowu była tą małą lwiczką, dzieckiem bez trosk, dzieckiem bez ciężaru życiowej tragedii. Zaczęła traktować Vanashi jak córkę. Wreszcie jej życie miało się ułożyć po tych wszystkich latach. Właśnie, miało. Ale się nie ułożyło..
 Pewnego razu Izaga zniknął. Przepadł jak kamień w wodę. Obie z Vanashi bardzo to przeżyły, a że Zanadi ciągle uciekała od przeszłości, przeniosły się gdzieś indziej.
 Długo wędrowały, a Zanadi znowu walczyła, powalała wrogów, zabijała... Jednak Vanashi trzymała ją przy jasności umysłu jak mocna kotwica. To była jej jedyna podpora.
 Wszystko się zmieniło gdy zawędrowały na Złą Ziemię. Byli już Nuka, Kovu i Vitani, ale znacznie młodsi. Trafiły tam w bardzo gorącym okresie, a było to niedługo po śmierci Skazy.
 Zanadi szybko przyjęła ideologię zaślepionej nienawiścią Ziry, bo tak bardzo chciała w coś wierzyć. Już niedługo miała stać się taka jak ona. Bezlitosna, krwiożercza, nieczuła.
 Nadszedł czas kiedy związała się z Nuką. Był to oczywiście sekretny związek, bo Zira nigdy by na to nie pozwoliła. Z tego związku pojawił się Thiai, a młodzi rodzice byli wniebowzięci. Wszystko się zmieniło, gdy ojciec jej dziecka zginął. Długo go opłakiwała, nie była zdolna do wzięcia udziału w bitwie. Została sama z synkiem i z Vanashi, która postanowiła dotrzymać jej towarzystwa.
 Cała reszta z Zirą na czele poszła w bój i już nigdy nie wróciła.
 Gdy Zanadi dowiedziała się o zdradzie całego stada i śmierci Ziry postanowiła się zemścić. Na Simbie za śmierć Nuki, Kiarze za śmierć Ziry, Vitani, Kovu i stadzie za zdradę. Słowem na wszystkich, w których wierzyła, a którzy ją zostawili... Wtedy jej przemiana się dokonała...
 Zanadi zapatrzyła się w dal. Pozwoliła aby ogarnęły ją wspomnienia. To dodawało jej sił i utwierdzało w tym, co chciała zrobić.
  - Odzyskamy to, odzyskamy... - szepnęła cicho i przytuliła łapą synka.

                                                            *   *   *   *   *

Mam nadzieję, że ta nocia się spodoba. Chciałam przybliżyć trochę historię Zanadi oraz motywy kierujące tą postacią. Co do imion to wielkie dzięki. Będę miała je na przyszłość przy tworzeniu nowych postaci. :D Jeszcze raz dziękuję.

VI : Nowa tożsamość, nowe życie

 Vanashi czekała aż wszyscy zasną. Nie mogła sobie pozwolić nawet na najmniejszy błąd. Była bardzo podekscytowana, bo dziś nadszedł właśnie ten dzień.
 Słońce zaszło, a lwica słyszała pochrapywania rodziny.
  - Już niedługo - szepnęła - już niedługo będziemy wolni...
 Gdy księżyc był już wysoko na gwieździstym niebie, Vanashi podniosła się delikatnie i lawirując wyszła na otwartą przestrzeń. Ostatni raz spojrzała na termitierę i jej mieszkańców.
 "Żegnajcie. Nie myślcie, że będę tęsknić. Jaka szkoda, że Kovar nie może iść ze mną... Wyrwałby się w końcu stąd."
 Westchnęła cicho i pobiegła przed siebie. Do ojca swojego dziecka.
 Nagle w krzakach coś się poruszyło. Rozległ się upiorny chichot i to coś popełzło dalej.
 Vitani podniosła się. Nie będzie roztrząsała tego co się stało. Widocznie tak musiało być. Rozejrzała się czujnie. Zaczęła poważnie martwić się tym gdzie jest, a raczej jak daleko stąd do domu.
 Navali obudziła się dosyć wcześnie. Przeciągnęła się, podrapała pazurami w skórę żyrafy i pobiegła na czubek Lwiej Skały. Zaczęła się zastanawiać jak się zemścić na Ravu. Uśmiechnęła się szeroko jak Kot z Cheshire. Już wiedziała co zrobi. Potrzebowała tylko trochę czasu...
 Ravu obudził się jako jeden z ostatnich. Wyległ przed grotę mrużąc oczy. Już postanowił. Nawet jeśli siostra rzuci się na niego z pazurami. Może i była mała, ale charakterek miała "niemały".
  - Navali... - zaczął niepewnie. Siostra spojrzała na niego.
  "To już jakiś postęp", przyznał w duchu.
  - Ja... Ja chciałbym cię przeprosić - uciekł wzrokiem w bok, a Navali uniosła bacznie brwi.
  - Taak?
  - Ja naprawdę nie chciałem. Pewnie i tak byś wróciła... Znaczy na pewno...
  "Oj nie dobrze... Zaraz palnę coś głupiego."
  - Posłuchaj. - Powiedziała zirytowana Navali. - Teraz pewnie będziesz gadał jak ci jest strasznie przykro. A wiesz co? Nie obchodzi mnie to. Zobaczymy co powiesz jak ty będziesz się wymykał na spotkania z dziewczyną, a ja cię wsypię. Wtedy zobaczymy.
 Lwiczka z satysfakcją obserwowała jak oczy brata robią się wielkie jak spodki.
  - Chwileczkę... Że co? Po pierwsze ty masz zakaz opuszczania Lwiej Skały, po drugie jesteś za młoda na chłopaka, a po trzecie -
  - No dobra, może masz rację, jestem za młoda... - przyznała.
 W tym momencie każdy inny zakończyłby rozmowę, ale nie Ravu...
  - Tak, mam. I po trzecie jeśli chodzi o mnie, to byłaby to zupełnie inna sprawa.
 Ups...
  - Taak? - wysyczała Navali. - Ja ci zaraz pokażę... Zaraz zobaczysz.
 Ravu zdawał sobie, że popełnił bardzo duży błąd. Jego siostra nie znosiła, gdy ktoś mówił, że Ravu jest ważniejszy. Własnie dlatego, że to on zostanie królem, a nie ona i przez to czuje się mniej ważna.
 Zaczął się powoli wycofywać. Navali wysunęła pazury i rzuciła się na brata.
 Vanashi biegła całą noc. Prosto przed siebie tak, jak nakazuje serce. Już nie mogła się doczekać spotkania. Nareszcie będzie szczęśliwa, nareszcie zapomni o Zanadi.
 Biegła, biegła i biegła. Zatrzymała się dopiero przed dżunglą.
 "To tutaj. Tu mieliśmy się spotkać. Jeszcze tylko muszę cię znaleźć..."
 Lwica weszła w gęstwinę i zaczęła się rozglądać. Bała się zawołać, aby nie zagłuszyć tej cudownej ciszy.
 Nagle poczuła kopnięcie w brzuchu.
  - Jeszcze chwilkę, malutki. Wiesz już, że zaraz mama spotka się z tatusiem, co? - spytała. - Jeśli się uda. - dodała ciszej.
 Ruszyła naprzód. Lawirowała między drzewami i większymi krzewami.
  "Jak ja cię tu znajdę? Dżungla jest ogromna..."
 Spojrzała w dal i zaczęła nasłuchiwać. Zamknęła oczy i dla lepszego efektu wzięła głęboki oddech.
 Usłyszała rzekę. Bingo! Ruszyła przed siebie. Wyjrzała lekko zza liści i serce podskoczyło jej z radości.
 To on! On na nią czekał! CZEKAŁ! Spróbowała się rozluźnić.
  "No dalej, co z tobą. Jesteś przecież dorosła. Nic się niestanie. No dawaj..."
 Wzięła głęboki wdech i wyszła.
 Odgłosy szamotaniny przyciągnęły uwagę Kiary i Kovu. Lwiątka nie zwróciły jednak na rodziców uwagi.
  - Co tutaj się dzieje? - spytał Kovu.
 Lewki przerwały bójkę. Ravu leżał na ziemi, a Navali wgryzała się i szarpała go za ucho.
  - Co wy wyprawiacie? Tak przecież nie można, dzieci... - powiedziała łagodnie Kiara.
 Navali puściła ucho brata i oboje usiedli ze spuszczonymi łebkami. Kovu machnął łapą i odszedł. Jego autorytet wyraźnie zanikał na tej skale. Jego własne dzieci bardziej boją się matki. Nawet tej łagodnej wersji... No kto by pomyślał...?
  - Słuchajcie. O co poszło tym razem? - spytała Kiara.
 Lwiątka zaczęły się przekrzykiwać i wzajemnie wskazywać łapkami. Wydzierali się coraz głośniej, aż do momentu, w którym oboje znowu się na siebie rzucili.
 Kiara westchnęła i wstała. Rodzeństwo przeturlało się tuż pod jej łapami.
  - Mam dosyć. Sami to załatwcie... - powiedziała tylko i odeszła.
 Znalazła Kovu nad wodopojem. Podeszła do męża.
  - I ty chciałeś mieć jeszcze jedno dziecko...
  - Oj przestań. Trzeba porozmawiać o naszej koronacji.
 Kiara uniosła jedną brew.
  - No wiesz... Simba może już długo nie pociągnąć... Znaczy się nie o to mi chodziło...
  - Czy ty coś sugerujesz?
  - Nie, chodzi mi tylko o to, że -
  - Dobrze, kochanie. Porozmawiam z tatą. Ciekawe co powie, gdy się dowie, że jego zięć planuje zająć tron.
 Kovu przełknął ślinę. Kiara się zaśmiała i pocałowała męża w policzek.
  - Ale porozmawiam z tatą. Mnie tez to zaczyna już martwić.
 Lew przyciągnął żonę do siebie i przewrócił na plecy. Stanął nad nią i zbliżył głowę do jej ucha.
  - Czy ktoś ci już mówił, że jesteś niezastąpiona?
  - Owszem. Cała setka moich adoratorów.
  - To możesz być pewna, że znajdę ich wszystkich co do jednego... - Pocałował Kiarę w usta.
  - Hej! To jest miejsce publiczne... - powiedziała Vitani, która właśnie wyszła z wodopoju.
  Kovu i Kiara zaśmiali się i wstali. Lwica szepnęła mężowi coś do ucha. On się uśmiechnął i pobiegli sprintem w stronę Lwiej Skały.
  Vitani legła na trawie i popatrzyła za oddalającym się bratem. Westchnęła. Ona też chciałaby mieć taką rodzinę.
 Myślała o tym cały czas odkąd wróciła do domu, a żeby wrócić musiała spędzić trochę czasu na próbach wdrapania się na drzewo. Gdy jej się to wreszcie udało przedarła się przez liście i wypatrzyła Lwią Skałę. Z tryumfem na twarzy zaczęła się wycofywać.
 Jednak jak to mówią " nie mów hop! póki nie przeskoczysz". W tym właśnie momencie zarwała się gałąź, na której stała.
 Vitani wyrzuciła z pamięci to wspomnienie. Chciała również zapomnieć o bolącej kości ogonowej...
 Vanashi spojrzała w oczy lwu, który stał przed nią. Lew uśmiechnął się.
  - Wreszcie jesteś. - Powiedział.
 Lwica nie posiadała się ze szczęścia.
  - Tak, jestem. - odpowiedziała.
  "Nareszcie zacznę nowe życie. Tylko ty, ja i nasze maleństwo..."
 Przytulili się do siebie. Dobrze, że on wiedział o dziecku. Mogli się teraz przygotować na nie razem.
 Coś się poruszyło w krzakach. Para jednak nie zwróciła na to uwagi. Coś miało więc okazję się wycofać. Gdy tylko opuściło teren dżungli, puściło się biegiem nie dbając o swoją widoczność.
 Ktoś czekał na informacje, więc trzeba je dostarczyć.

                                                               *   *   *   *   *

Może ktoś miałby pomysł na imię dziecka Vanashi? Płeć może być dowolna. Ciekawie by było, gdyby imię miało jakieś znaczenie w języku suahili. Zwycięskie imię trafi do opowiadania. :D

wtorek, 28 sierpnia 2012

V : Zmartwienia dzikiej grzywki

  Navali siedziała na czubku Lwiej Skały obserwując z dystansem otoczenie. Nie odzywała się do nikogo już od kilku dni. Gdy tylko dowiedziała się, że jej szlaban zdarzył się tylko i wyłącznie z winy brata, postanowiła, że da mu popalić. Musiała jeszcze tylko wymyślić w jaki sposób to zrobi.
  Ravu niecierpliwie przestępował z łapy na łapę. Był zły na siebie, że się waha, ale miał ku temu powody. Już kilka razy usiłował zebrać się na odwagę aby przeprosić siostrę, ale skutecznie powstrzymywała go od tego jedna rzecz. A mianowicie myśl o jej reakcji. 
  Lew wzdrygnął się, westchnął i poszedł nad wodopój. Navali obrzuciła go demonstracyjnie zniesmaczonym spojrzeniem, ale nic nie powiedziała.
  Kovar dreptał od jednej termitiery do drugiej. Tak był zamyślony, że nie zauważył, iż wydreptał kilkucentymetrowy rów. Pewnie zapadałby się jeszcze głębiej, gdyby z zamyślenia nie wyrwała go siostra.
  - Co się stało? - spytała, a gdy nie przyniosło to żadnego efektu, położyła łapę tuż przed nosem zaskoczonego lwa.
 Kovar spojrzał na siostrę. Vanashi ponowiła pytanie, a wysłuchawszy dokładnie jego opowieści wysnuła wniosek.
  - Czyli widziałeś dużego ciemnego lwa, którego nie potrafisz zidentyfikować?
 Lew kiwnął głową. Vanashi ledwo powstrzymywała się od uśmiechu.
  - Twojej przyjaciółce nie grozi nic poza dożywotnim uziemieniem za wałęsanie się po nie zbadanych tunelach i łamanie zakazów. Tym lwem był Kovu.
 Kovar westchnął z ulgą, ale zaraz znowu się spiął. Dożywotni szlaban Navali znaczy, że już się nigdy nie spotkają.
 Vanashi nie widziała już reakcji brata. Położyła się pod skałą. Kilka rzeczy musiała przemyśleć.
 Postanowiła nie komentować zachowania brata. Wiedziała, że im więcej czasu będzie siedział na Lwiej Ziemi, tym lepiej będzie dla niego. Jednak nie to było teraz powodem jej rozmyślań.
 "Thiai zdążył się zorientować, że jestem w ciąży. Skoro zrobił to taki gamoń, kwestią czasu jest to zanim zorientuje się Zanadi... A wtedy już nie będzie tak ciekawie..."
 Postanowiła. Już wie co musi zrobić...
 Vitani wylegiwała się na trawie łapiąc ciepłe promienie słońca. Już od dawna nie miała czasu dla siebie, więc postanowiła to dobrze wykorzystać. Polować może ktoś inny. Ona jest na urlopie (jednodniowym co prawda, ale lepsze to niż nic).
 Nagle poczuła na sobie cień. Otworzyła jedno oko... i podskoczyła najeżona. Przed nią stała czarna lwica.
  - Wynoś się stąd - warknęła lwioziemka. 
  - Myślę, że musimy porozmawiać. - Odparła spokojnie obca.
  - Ty lepiej za dużo nie myśl. Ja nie mam ci nic do powiedzenia, więc odejdź stąd zanim stracę panowanie.
  - Nie dam się spławić jak jakaś naiwna małolata... Chyba wiesz o co mi chodzi, prawda? - spytała czarna lwica. Teraz już nie miała po co udawać miłej, skoro spotkało ją takie powitanie.
 Vitani warknęła głośno, a obca zaśmiała się.
  - Coś mi mówi, że wiesz...
 Jednak lwioziemka zamiast się na nią rzucić i rozerwać jej gardło, opanowała się.
  - Odejdź stąd. Nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia. Nie chcę cię tu więcej widzieć. - Rzekła chłodno. Odwróciła się na pięcie i odeszła.
  - Ja naprawdę nie chciałam... - jęknęła obca złamanym głosem. Coś w niej pękło. - Musisz mi uwierzyć...
 Vitani stanęła, ale się nie odwróciła.
  - Tak bardzo chciałabym cofnąć czas, żeby to się nie wydarzyło i -
  - Nic już nie zmienisz - przerwała jej Vitani. - Czasu nie cofniesz, a jedyne co możesz zrobić, to stąd odejść. Przez wzgląd na dawne czasy nie zabiję cię, ale jeśli cię tu znowu zobaczę, zginiesz.
  - Ale ja -
  - Żadnego ale. Po prostu stąd odejdź...
 Czarna odwróciła się i ruszyła przez sawannę znikając tak szybko jak się pojawiła.
 Vitani westchnęła głośno i spuściła głowę. Zacisnęła wargi i pobiegła przed siebie.
 Łzy leciały jej strumieniami. 
  "Jak ona mogła tak po tych wszystkich latach przyjść tu tak po prostu, jakby nigdy nic się nie stało? Ona doskonale wiedziała, co czułam wtedy i teraz. A jednak to zrobiła... Te wszystkie wspomnienia... To tak bardzo boli..."
 Zatrzymała się. Nie wiedziała gdzie jest. Nie miało to teraz znaczenia. Położyła się pod drzewem i zasnęła.
 Widziała w oddali znajomy klif nad znajomą rzeką. Biegła. Mogła jeszcze wszystko zatrzymać, mogła jeszcze...
 Krzyk. Znajomy krzyk, który doprowadzał ją do płaczu każdej nocy...
 Przyspieszyła, może jeszcze zdąży... Zatrzymała się z impetem na krawędzi klifu. W dole majaczyła rzeka, a w niej...
 Ujrzała jeszcze łapę. Łapę kogoś, kto już się nigdy nie wynurzył...
 Vitani obudziła się z krzykiem. Czuła, że grzbiet ma zalany potem. Rozejrzała się zdezorientowana. Była noc, a ona nadal leżała pod drzewem.
 Spojrzała w gwiazdy.
  - Czy ty jesteś przy mnie? Mam wrażenie, że nie... - szepnęła cicho i się rozpłakała.
  
                                                              *   *   *   *   * 

Rozdział nareszcie opublikowany! Próbowałam to zrobić w kilku innych miejscach, ale zawsze coś się usuwało... Mam nadzieję, że nocia się spodoba :D

IV : Nowa kryjówka


  Kovar starał się nie zwracać uwagi na dotkliwy ból, który zadawała mu matka, trzymając go w zębach. Zacisnął zęby wiedząc, że czeka go o wiele dotkliwsza kara.
  Vanashi przygryzła nerwowo wargę. Widziała jak Kovar się męczy, jednak bała się zareagować, gdyż gniew Zanadi mógł spłynąć na nią. Spuściła więc tylko głowę, nie chcąc patrzeć na cierpienie brata.
  Zanadi kierowała się w stronę olbrzymiej termitiery. Nagle rzuciła syna na ziemię. Lew zaczął kaszleć i pluć. Lwica warknęła groźnie i obnażyła zęby.
   - Coś ty sobie myślał?!
  Lwiątko przestraszyło się i cofnęło odruchowo.
   - N-n-nic - wyjąkał z trudem Kovar. - To moje życie i ja...
  Zanadi kłapnęła zębami tuż przy jego twarzy.
   - Nie można ci zaufać, więc nie ruszysz się stąd na krok - wysyczała.
  Vanashi stanęła między nimi.
   - Nie. Nie rób mu krzywdy, bo w niczym nie zawinił. Spotkał się tylko z młodą lwiczką i, jak widzisz, nic się nie stało.
   - Nie rób sobie ze mnie wroga, dziecko. Wiesz doskonale jak skończyła się identyczna eskapada Kovu! - Zanadi pochyliła się nad nią i warknęła krótko. Zaraz po tym odeszła wgłąb nory.
  Vanashi odwróciła się w stronę Kovara i uśmiechnęła się.
   - Dziękuję - powiedziało nieśmiało lwiątko.
   - Wiem jak to jest spotkać kogoś właściwego i tyle - odparła tajemniczo lwica i nagle zacisnęła zęby z bólu.
  Lwiątko poskoczyło i podbiegło do siostry.
   - Nic ci nie jest?
   - Nie, wszystko w porządku - zapewniła z bladym uśmiechem. - Jestem tylko zmęczona. Pójdę się położyć.
  Tihai schowany w trawie słyszał każde słowo z ich rozmowy. Uśmiechnął się okrutnie i ruszył za siostrą.
  Navali przystanęła przed Lwią Skałą i jeszcze raz obejrzała się za siebie. Poczuła w sercu pustkę, która sprawiała, że rozpadała się wewnętrznie na milion kawałków. Kiara spojrzała na córkę. Doskonale wiedziała, co oznacza jej zachowanie.
  "Kovu by tego nie zrozumiał", pomyślała, "Nie zrozumiałby tego tak samo jak mój ojciec, kiedy byłam mała" Westchnęła ciężko i ruszyła do środka.
  Gdy dzieci poszły już spać, zawołała męża, chcąc z nim porozmawiać.
   - Kochanie, spójrz tylko na Navali. Czy nie widzisz jak ona cierpi? To jest coś więcej niż zwykła znajomość, czy przyjaźń. Ona znalazła już tego jedynego.
   - Ale w tak młodym wieku? Nie wciskaj mi tu takiego kitu, a poza tym on jest ze Złej Ziemi. Czy ty tego nie rozumiesz? - spytał z naciskiem.
  Kiara westchnęła.
   - To samo powiedział mój ojciec.
  Na twarzy Kovu malowało się zdumienie na słowa żony i jej zachowanie. Teraz już zrozumiał, co miała na myśli.
   - Nie przejmuj się tym, jakoś sobie z tym poradzimy - powiedział miękkim głosem i przyciągnął żonę do siebie. - Jutro też jest dzień i mnóstwo możliwości. Pamiętaj, każda noc, nawet najgorsza przynosi lepsze jutro. - Pocałował Kiarę w czoło i zaprowadził do groty.
  Navali nie mogła spać, dręczona smutkiem. Nagle zerwała się na równe nogi i wybiegła z groty. Był środek nocy, ona jednak się nie bała. Podążyła brzegiem rzeki szukając wzrokiem czegoś, lub kogoś, kto wywoła uśmiech na jej twarzy. Usiadła na kamieniu i wpatrywała się w rzekę.
  Kovar obudził się równo o północy. Nie mogąc zasnąć i nie chcąc siedzieć bezczynnie wyruszył na przechadzkę. Udał się nad rzekę i usiadł na błotnistym klifie, rozmyślając.
  Mimo iż siedzieli naprzeciw siebie, nie zauważyli się, bo każde pogrążone było w swoich własnych myślach i tracąc upływ czasu siedziało tam do rana.
  Navali otworzyła oczy i ziewnęła. Już świtało. Przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest i zaczęła się głupio rozglądać. Nagle dostrzegła ruch na drugim brzegu rzeki. Gwałtownie wstrzymała oddech i zanurkowała za najbliższy kamień.
  Patrząc z lękiem na brzeg nie zauważyła, że ktoś zaczął się do niej skradać.
  Ravu ziewnął przeciągle, rozciągnął się i wstał. Zapowiadał się najnudniejszy dzień w życiu - początek dożywotniego szlabanu. Podrapał się w skórę na rozbudzenie i myślał o tym, co zamierzał dzisiaj robić.
  Polowanie na pewno odpada. Jedyne, co mógł zrobić, aby całkiem nie umrzeć z nudów, to pójść nad wodopój i popatrzeć na inne lwy.
  Już miał zapytać siostrę, co ona o tym myśli, ale jej nie było.
   "Niedobrze", pomyślał,"Złamała kolejny zakaz. Jeśli rodzice się o tym dowiedzą..."
  Ravu przygryzł wargę. Był rozdarty. Z jednej strony nie mógł zostawić siostry na pastwę rodziców, którzy by ją mogli odnaleźć, co i tak wkrótce mogło mieć miejsce, a z drugiej nie mógł sam pójść jej szukać, bo wpadłby w jeszcze większe kłopoty.
  Westchnął ciężko i pokręcił głową zrezygnowany. Wiedział, że nie ma innego wyjścia. Poszedł poszukać rodziców.
  Navali starała się dostrzec to, co działo się na Złej Ziemi.
  Nagle ktoś skoczył jej na plecy i przewrócił ją śmiejąc się tryumfalnie.
   - Mam cię!
  Kovar siedział na brzegu całą noc. Tuż przed świtem zobaczył Navali drzemiącą słodko po drugiej stronie rzeki. Wpatrywał się w nią jak w cudowny obrazek i czuł jak na jego serce spływa kojący balsam w postaci miliona pozytywnych uczuć, które nagle w nim wybuchnęły.
  Gdy lwiczka się obudziła, zaczął myśleć nad sposobem, w jaki mógłby przedostać się na drugą stronę. Na spróchniałą kłodę nie mógł liczyć z wiadomych przyczyn ;).
  Nagle tuż obok niego zjawiło się kilka wyrośniętych myszy polnych, które narobiły okropnego hałasu i przyciągnęły uwagę Navali.
  Kovar schował się w krzakach i dojrzał norę, przez którą mniejsze zwierzęta przedostawały się na Lwią Ziemię.
  Zadowolony z siebie młody lew zaczął się przeciskać przez wąskie i strome przejście. Nagle przekoziołkował i znalazł się w obszernym skalnym tunelu, który prowadził pod rzeką. Kovar miał do wyboru dwie drogi: przed siebie, wgłąb tunelu lub za siebie, również wgłąb tunelu. Lwiątko kierując się instynktem poszło naprzód i wybrało jedno z odgałęzień, które wyprowadziło go na polanę, tuż za kryjówką Navali. Lwiczka wpatrywała się w drugi brzeg, próbując dostrzec przyczynę zamieszania. Kovar wykorzystał jej nieuwagę.
   - Mam cię!
  Navali pisnęła. Nie zdążyła jednak umknąć i po chwili leżała na plecach.
  Szybko się podniosła i obróciła do napastnika.
   - Kovar? Co ty tu robisz?
  Lew uśmiechnął się łobuzersko i podszedł do niej.
   - Zobaczyłem cię z brzegu i przyszedłem. Czy to coś złego? - spytał niewinnym głosem.
  Navali zamiast odpowiedzieć przytuliła się do niego.
   - Tęskniłam za tobą.
  Lew odsunął się i powiedział:
   - Znalazłem tajne zaginione tunele, które, według opowieści prowadziły z Lwiej Skały prosto do termitiery.
   - Czyli będziemy mogli się spotykać! - krzyknęła uradowana Navali.
  Lew uśmiechnął się szelmowsko.
   - Sprawdźmy, czy nie są zawalone. Jeśli są, to musimy znaleźć jakiś inny sposób.
  Kovar przepuścił lwiczkę przy przejściu do tunelu. Gdy oboje byli już w środku postanowili najpierw udać się w stronę Lwiej Skały.
  Przez całą drogę rozmawiali, żartowali, śmiali się. Kovar był bardzo szczęśliwy przebywając ze swoją nową przyjaciółką. Zaczął rozmyślać już o przyszłości. Zastanawiał się jakby to było, gdyby udało mu się wyrwać z domu i zamieszkać na Lwiej Ziemi. Vanashi byłaby z niego bardzo dumna.
  Nagle przez jego myśli przebił się głos Navali.
   - Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
   - Przepraszam, zamyśliłem się - odparł lew przepraszająco.
   - Nic się nie stało. Mówiłam tylko, że to będzie nasza nowa kryjówka. Tylko nasza. Patrz! Tam jest odgałęzienie. Ciekawe co tam jest.
  Mimo protestów swojego kompana, lwiczka już wspinała się po stromej ścianie.
  Tihai śledził Vanashi przez całą noc. Nic specjalnego się jednak nie wydarzyło. Zirytowany wyskoczył z krzaków tuż przed nią.
   - No więc, co masz mi do powiedzenia?
   - Ja nie wiem o czym ty mówisz.
  Lew uniósł brew i cmoknął z niezadowolenia.
   - Jesteś pewna? Widziałem twoją rozmowę z naszym małym braciszkiem. Każdy głupi wywnioskowałby, że jesteś w ciąży.
  Lwica zaśmiała się pogardliwie.
   - Nawet jeśli, to i tak tego nie udowodnisz, a po drugie to jest moje życie, moje decyzje i ty nie masz nic do tego!
   - Ha, czyli jednak. Może to i jest twoje życie, ale gdy matka się o tym dowie... - Thiai uśmiechnął się z satysfakcją - już nie będzie tak do końca twoje. Prawdopodobnie nawet już go nie będzie.
  Lew odbiegł śmiejąc się tryumfalnie i Vanashi została sama. Zdała sobie sprawę z zagrożenia. Jeśli Tihai powie o wszystkim Zanadi, jej dziecko będzie automatycznie skazane na śmierć. Jedynym wyjściem jest ucieczka...
  Navali wychyliła się z norki. Nie zauważyła nic podejrzanego, więc wyszła. Usłyszała za sobą ciche kroki.
   - Tutaj jesteś...
  Lwiczka przełknęła ślinę. Znała doskonale ten głos. Odwróciła się i zobaczyła Kovu.

III : Nowe granice i konsekwencje


  Kiara wyciągnęła się leniwie na trawie. Jej cierpliwość zaczęła się już kończyć. Kovu za to bawił się przepysznie. Siedział schowany w krzakach od dłuższego czasu. Przyczaił się tuż za żoną, która niczego nie zauważyła.
  Kovu zaśmiał się w duchu. Kiara nigdy nie umiała polować. Lew podkradł się jeszcze bliżej i zaczął odliczać do trzech. Naprężył się do skoku i zamachnął ogonem. Wysunął łapy do przodu i skoczył.
  Kiara skuliła się i Kovu przeleciał nad nią lądując na plecach.
   - Ha! - Lwica zaśmiała się tryumfalnie. - Jeśli myślałeś, że nie wyciągnęłam wniosków z naszej ostatniej lekcji, to się przejechałeś. - Uśmiechnęła się i stanęła nad mężem, który nie wykazywał żadnych chęci do podniesienia się.
  Kovu zrobił nadąsaną minę, ale w duchu był dumny z żony, widział jej postępy. Kiara trąciła go łapą, a on uśmiechnął się, zmrużył oczy i rzucił na lwicę.
  Kiara zrobiła zdziwioną minę i zaczęła się śmiać.
   - I co teraz powiesz? - spytał Kovu stając nad żoną. Ona w odpowiedzi polizała go w policzek i szepnęła mu do ucha:
   - Lepszego nauczyciela nie mogłam sobie wymarzyć...
  Simba siedział na Lwiej Skale, a jego grzywa migotała w słońcu. Spokojnie patrzył na jedyną córkę, którą zesłał mu los. Wiedział, że jest teraz szczęśliwa i ma kogoś, kto się nią dobrze zaopiekuje.
   - Simba?
  Simba odwrócił się i westchnął lekko. Nala zawsze pojawiała się wtedy, gdy jej najbardziej potrzebował. Jakże mogłoby być inaczej?
  Nala usiadła obok męża i wtuliła głowę w jego grzywę.
   - Pamiętasz co ci powiedziałam w noc przed wygnaniem Kovu?
  Simba spojrzał na nią uważnie.
   - Powiedziałaś, że mam się uważnie przypatrzeć i dostrzec to, co odrzucałem już na starcie. W każdym bądź razie coś koło tego.
  Nala zaśmiała się życzliwie.
   - Tak... Koń razy słoń, ale sens tego był ten sam. Martwisz się tym, co teraz będzie? Mam nadzieję, że tym razem nie popełnisz takiego błędu. Pamiętaj, to co widzisz nie zawsze jest tym co chcesz zobaczyć i to co chcesz zobaczyć nie zawsze jest tym co widzisz. Powinieneś przestać się tym martwić. Dostała już nauczkę, ale co będzie to będzie.
  Simba westchnął ciężko.
   - Nie rozumiem za wiele z tego co tu powiedziałaś, ale muszę teraz chronić nie tylko ciebie i Kiarę. Są jeszcze Navali i Ravu...
   - A do pomocy masz nie tylko Kovu - weszła mu w słowo Nala - ale także Vitani i całe stado wyszkolonych do walki lwic. Nawet jeśli ona tu wróci nic nie może nam zrobić. Chodzi mi głównie o to, że nie możesz oceniać wszystkiego przez pryzmat przeszłości. Pamiętaj, nic nam nie grozi - rzuciła na odchodnym i wróciła do jaskini.
  A Simba został sam bijąc się z myślami.
  Navali wykonała efektowny skok i przewróciła swojego kompana. W jej niebieskich oczach coś zalśniło, coś czego nigdy nie doświadczyła.
   - Ach tak? - spytał zadziornie Kovar. - Patrz na mnie.
  Lwiczka cofnęła się trochę i zaczęła podziwiać lewka. Gdy tak śledziła jego wyczyn, zdała sobie sprawę, że skacze on prosto na nią. Niestety było już za późno. Chwilę potem jej głowa, a konkretniej mówiąc prawie cała twarz znalazła się w błocie.
  Kovar obrócił się chcąc podziwiać swoje dzieło, ale zobaczył tylko umorusaną błotem, wykrzywioną złością twarz księżniczki.
  Ze zdziwieniem usiadł i zaczął się jej przyglądać. Napiął mięśnie gotów do ucieczki w razie jakiegoś ataku.
  Navali uśmiechnęła się tylko jadowicie i rzuciła w niego garstką błota. Kovar zaczął otrzepywać twarz z błota i nie zauważył, że lwiczka rzuciła się na niego. Po chwili leżał w największej błotnej kałuży schowany w niej prawie w całości.
  Navali zrywając boki ze śmiechu zaczęła uciekać, przed warczącym potworem z bagien. Gdy Kovar ją wreszcie dogonił, przewrócił ją na plecy.
  Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, a potem lew otrzepując resztki błota z twarzy, polizał lwiczkę po policzku.
  Navali uśmiechnęła się i usiadła, a na jej policzki wpełzł lekki rumieniec.
  Ravu wyskoczył zza krzewów. Stanął pomiędzy siostrą, a obcym lwem. Napiął mięśnie i zjeżył grzbiet. Zaczął warczeć i obnażając zęby ruszył na drugiego lwa.
  Kovar był nie mniej zdziwiony tą sytuacją niż Navali, ale szybko się zreflektował i zaczął się przygotowywać do odparcia ataku.
  Navali próbowała zatrzymać lwy, ale żaden nie chciał jej słuchać. Ravu i Kovar rzucili się na siebie.
  Zaczęli ryczeć jeden przez drugiego.
  Vanashi, Tihai i Zanadi zatrzymali się na chwilę słysząc porykiwania. Najstarsza lwica warknęła i zazgrzytała zębami. Pobiegła ze zdwojoną szybkością w stronę hałasu. Vanashi próbowała ją zatrzymać, ale nic to nie dało. Jej matka pędziła żeby ukarać swojego syna.
  Kiara chodziła tam i z powrotem po jaskini. Nagle jej drogę przecięła Vitani.
   - Co nowego? - spytała. Jej niesforna grzywka przykrywała jedno oko sprawiając wrażenie jeszcze bardziej dzikiej niż dotychczas.
  Kiara uśmiechnęła się na widok swojej szwagierki.
   - Czekam na Kovu. Mam zamiar wrobić go w pewne zadanie, którego nie mam ochoty robić.
   - Masz okazję. - Zachichotała Vitani. - Właśnie tu wszedł.
  Kiara przykleiła na twarz uroczy uśmiech i podążyła w stronę męża.
   - Witaj, skarbie. Mam do ciebie malutką, tyciusieńką prośbę...
  Kovu zawiesił na niej wzrok. Był za bardzo zmęczony, żeby zareagować w jakikolwiek inny sposób.
   - Mógłbyś znaleźć jakieś nowe kości dla dzieci? Dobrze wiesz jaka Navali potrafi być marudna, gdy jej się nudzą zabawki... Byłabym ci bardzo wdzięczna...
  Kovu westchnął.
   - Coś jeszcze mam przynieść lub zrobić?
   - Wiedziałam, że się zgodzisz. Weź jeszcze jakąś skórę dla Ravu. Tamta z żyrafy już się trochę zużyła. Kochany jesteś.
  Kovu przewrócił oczami. Kiara potrafiła być bardzo przekonująca, gdy czegoś chciała.
   - Dostanę przynajmniej jakąś nagrodę?
   - Zobaczymy... A teraz już idź, bo ci najlepsze sztuki uciekną.
   - Tak, tak... - machnął łapą i z uśmiechem poszedł w kierunku wyjścia.
   - Nie zapomnij niczego! Kocham cię! - Kiara krzyknęła za nim.
   - Oczywiście!
  Vitani zaczęła chichotać. Kovu zawsze dawał się wkręcić we wszystko. Widać było jak bardzo kochał Kiarę.
  Kovu zaczął się rozglądać za jakąś zwierzyną.
   - Zabawki i skóry... Co ona sobie myśli? Że jestem sklepem z zaopatrzeniem dziecięcym?
  Mimo wszystko uśmiechnął się. Lubił gdy Kiara była uśmiechnięta, a było tak zawsze wtedy, gdy odwalał za nią pracę, której nie chciała robić.
  Krążył tak blisko granicy i usłyszał hałasy na drugim brzegu. Zaraz potem zobaczył pędzącą Zanadi i zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak. Nagle dostrzegł małe lwiątko na błotnistym klifie.
  W oczach miał przerażenie. Tym lwiątkiem była Navali...
  Kovar szarpał się z lwem rycząc. Nagle usłyszał drugi ryk i zamarł z przerażenia. Było to echo jego najgorszych koszmarów. Jego rozwścieczona do granic możliwości matka...
  Ravu odskoczył od obcego lwa. Bardziej martwiła go ogromna lwica przed nimi.
   - Navali, uciekaj! - krzyknęły oba lwiątka i ze zdziwieniem na siebie spojrzały.
   - Już! - krzyknęli.
  Navali wycofała się w krzaki i zaczęła uciekać. Nagle na kogoś wpadła i przeraziła się jeszcze bardziej...
  Zanadi podeszła do krzaków, w których zniknęła lwiczka. Coś drgnęło i po chwili wynurzył się z rykiem Kovu, a zaraz po nim Kiara, Vitani, Simba i Nala.
  Zanadi wycofała się i ryknęła przeraźliwie. Tihai i Vanashi zostali w krzakach.
  Kovu podszedł do lwicy.
   - Zabieraj się stąd. Ty i ten kłębek kłaków też.
  Zanadi zaśmiała się ochryple.
   - Nie możesz mi tu rozkazywać. To jest moja ziemia. Widzisz więc, mój drogi, że mogę tu robić co chcę.
   - Ta ziemia należy do mnie i do Vitani. Z naszej woli została przyłączona do Lwiej Ziemii.
  Lwica obnażyła kły i warknęła.
   - Wy to miejsce zdradziliście, oboje! Jedynie Nuka do końca trwał przy swojej matce i tylko jego syn może rościć sobie prawo do władzy tutaj.
  Vitani prychnęła.
   - On nigdy nie miał syna - warknęła.
  Zanadi uśmiechęła się jadowicie i uniosła brwi.
   - Czyżby? Tihai!
  Z krzaków wyszedł prawie dorosły lew.
   - To jest mój syn Tihai. Syn mój i Nuki... - ciąnęła Zanadi. - On jako jedyny jest królem tej ziemi, ale na razie zamiast niego rządzę ja.
  Lwy obnażyły kły. Navali i Ravu schowali się za matką.
  Zanadi ostrożnie się cofnęła.
   - Jeśli myślicie, że to już koniec, to się mylicie. Nawet nie wiecie jak bardzo... - lwica chwyciła Kovara w zęby i się wycofała.
  W Kovu i Simbie odżyły wspomnienia.
  Kiara spojrzała na dzieci smutno.
   - Od dzisiaj macie zakaz wychodzenia w pobliże rzeki. Bardzo się na tobie zawiodłam Ravu... Doskonale znasz Navali i powinieneś był jej dobrze pilnować. A ty Navali obiecałaś, że będziesz grzeczna.
  Lwiczka pochyliła główkę tak nisko, jak tylko mogła.
  Simba chciał już coś powiedzieć, ale Nala go przytrzymała. Wskazała za siebie, dając mu do zrozumienia, że Kiara musi sobie poradzić z tym sama. Simba westchnął i ruszył za żoną co jakiś czas oglądając się na wnuki.
  Kovu stał ze srogą miną obok żony.
   - Wytyczam wam od tej pory nowe granice. - Powiedział surowym tonem. - Macie zakaz opuszczania Lwiej Skały. Możecie chodzić tylko do wodopoju, ale z opiekunem, zrozumiano? Mieliście szczęście, że Zazu był w pobliżu i zdążył dolecieć do Lwiej Skały.
  Lwiątka kiwnęły smutno głowami. Navali było strasznie smutno i chciało jej się płakać. Zdążyła już bardzo polubić Kovara. Nawet sama nie zdawała sobie sprawy jak bardzo.
  Kovu ruszył w stronę domu, a Kiara skierowała się za nim. Spojrzała smutno na dzieci.
  Ravu przepuścił siostrę i obejrzał się za siebie. Postanowił nigdy więcej nie wracać do tego miejsca.

II : Kłopotów ciąg dalszy...


  Vanashi przechadzała się nerwowo po swojej półce skalnej. Bardzo zdenerwowała się na Tihaia i gdyby nie była przygnębiona rozszarpałaby go na strzępy. Jak na prawie dorosłego lwa zachowywał się jak szczeniak i Vanashi miała już tego dość.
   - Vanashi! - krzyknął Tihai z dolnej półki.
   - Czego chcesz? - warknęła Vanashi.
   - Matka wróciła!
  Vanashi westchnęła. Zanadi nie była jej matką. Ogólnie ta rodzina była dosyć dziwna.
  Vanashi miała kiedyś rodziców, pochodziła z kompletnie innego miejsca. Jednak pewnego dnia jej matka wyszła na polowanie i już nie wróciła. Po kilku miesiącach ojciec Vanashi poznał Zanadi i zostali parą. Wkrótce odszedł i on. Gdy lwice dołączyły do stada Ziry, Vanashi miała siedem lat.
  Zanadi szybko zaaklimatyzowała się w stadzie i związała z Nuką, który bardzo jej się podobał (moim skromnym zdaniem bardzo kiepski wybór ;>).
  Po jakimś czasie urodziło im się dziecko, Tihai, który został pełnoprawnym dziedzicem Złej Ziemi po odejściu Kovu i śmierci Nuki. Gdy Nuka zginął, Zanadi zaczęła się spotykać z kimś innym i wkrótce potem na świat przyszedł Kovar, jej najmłodsze dziecko.
  Vanashi traktowała ich jak swoją rodzinę, chociaż tak naprawdę wcale nią nie byli. Doskonale wiedziała, że ją kochają, ale jednak...
   - VANAAAASHIIII!!! - wrzasnął Tihai. - Masz tu natychmiast zejść, mama ci każe.
   - Już schodzę... - zaczęła skakać z półki na półkę i znalazła się na dole.
   - O co chodzi? - spytała.
   - Zaprowadźcie mnie do tej lwiczki, którą znaleźliście ledwie żywą. Może przejdzie na naszą stronę... Przyda się kolejna para łap... A nawet dwie. - Zanadi uśmiechnęła się chytrze i wskazała głową na północ, w stronę rzeki.
  "Rodzeństwo" popatrzyło po sobie i ruszyło przed matką.
  Navali czuła już pod łapkami krawędź klifu. Jeśli cofnie się jeszcze o krok, spadnie. Było to o tyle złe, że nie umiała jeszcze pływać.
  Spróbowała warknąć jeszcze raz, ale wyszło z tego nic nie warte miauknięcie, które nie przestraszyłoby nawet mrówki, a co dopiero starszego od niej lwa.
  Napastnik szykował się do skoku. Lwiczce zimny pot wstąpił na grzbiet. Zaczęła rozglądać się na wszystkie strony próbując znaleźć jakąś pomoc.
  Młody lew skoczył. Navali pochyliła się do przodu i przeturlała. Lew zahaczył łapą o jej ogon i przetoczył się przez klif. Lwiczka usłyszała plusk i podniosła się z trawy.
  W dole zapanowało poruszenie. Kilka wodnych drapieżników ruszyło się z miejsca i podążyło w stronę klifu. Navali podbiegła do krawędzi i ostrożnie wyjrzała. Była bardzo ostrożna, bo klif był wyjątkowo błotnisty i mógł się osunąć.
  Niżej, gdzieś tak w połowie drogi między brzegiem, a wodą, młody lew wylądował na gałęzi, a pod nim skłębiły się krokodyle z nadzieją na dobry obiad.
  Lew zaczepił się pazurami o gałąź, ale zjeżdżał coraz niżej, prosto w otwarte paszcze krokodyli. Zaczął krzyczeć i błagać o pomoc.
  Navali wychyliła się jeszcze bardziej i sięgnęła do lwa łapką.
   - Wytrzymaj! Złap moją łapę! - krzyknęła.
  Lew podciągnął się i chwycił Navali.
  Ravu pędził co sił w nogach, aby pomóc siostrze. Nagle usłyszał krzyk i przystanął przerażony. To był krzyk jego siostry, Navali. Szybko spojrzał na drugi brzeg. Jakiś lew zwisający z klifu trzymał ją za łapę. Ravu zamarł, gdy lew pociągnął jego siostrę w dół, a sam się wspiął. Ravu zaczął biec jeszcze szybciej. Te kamienie były dalej, niż sądził.
  Navali złapała łapę obcego lwa. Nagle jej tylne łapy poślizgnęły się na błocie i z krzykiem zjechała w dół. Młody lew wspiął się na klif, a Navali zaczepiła się o gałąź, która zaczęła pękać. Lwiczka zsuwała się coraz niżej, aż w końcu jej łapki oderwały się od drewna i zaczęła spadać prosto na krokodyle.
  Nagle coś złapało ją w locie. Lew, którego uratowała zwisał ze skalnej półki ratując ją. Razem wdrapali się na brzeg, zrzucając przy okazji parę kamieni na krokodyle, które odpłynęły wściekle sycząc.
  Lew wciągnął zmęczoną Navali, ale poślizgnął się i przewrócił na plecy, a lwiczka upadła na niego.
  Navali szybko wstała i odskoczyła w bok cofając się powoli w stronę wysokich traw.
  Lew spojrzał na nią spokojnie i zrobił krok w jej stronę. Doskonale wiedział, że chociaż go uratowała, nie ufała mu wcale.
   - Zaczekaj - powiedział. - Nie odchodź jeszcze.
  Navali zmrużyła delikatnie oczy, ale się nie ruszyła.
   - Dlaczego? - spytała tylko podejrzliwie.
   - Skoro musisz iść, to idź. Nie będę cię zatrzymywał - lew uśmiechnął się słabo, po czym dodał - Dziękuje za uratowanie życia.
  Navali się wyprostowała i zrobiła kilka kroków do przodu.
   - Ty też mnie uratowałeś. Jesteśmy kwita. - Lwiczka odwróciła się, żeby odejść, ale lew zagrodził jej drogę.
   - Nie jesteśmy. Przeze mnie prawie zginęłaś, ale postanowiłaś mnie ratować, dlaczego?
   - Jestem z Lwiej Ziemi zostałam wychowana na wartościach, o których ty na pewno nie masz pojęcia.
  Lew zrobił zdziwioną minę, ale nic nie powiedział. Zszedł księżniczce z drogi i usiadł przyglądając się jej. Rzadko kiedy coś robiło na mim wrażenie, a ona zrobiła coś większego - zaimponowała mu.
  Navali uśmiechnęła się.
   - Nazywam się Navali, a ty?
  Twarz lwa rozpromienił uśmiech.
    - Jestem Kovar. Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy - Kovar skłonił się lekko, a księżniczka odwzajemniła uśmiech.
  Vanashi i Tihai robili wszystko, żeby opóźnić spotkanie z małą lwiczką. Oboje wiedzieli, że Kovar tam jest i na pewno miał z nią styczność. Woleli nie wyobrażać sobie w jaką furię wpadłaby Zanadi, gdyby dowiedziała się, że jej dziecko zadaje się z córką wroga. Podejrzewali bowiem, że jest ona córką Kovu.
  Nie mogli tego robić w nieskończoność, więc w końcu zaprowadzili matkę nad rzekę. Nic to jednak nie dało, bo ujrzała w oddali swojego syna.
  Ravu obejrzał się za siebie i zobaczył siostrę rozmawiającą z lwem. Po przeskoczeniu kamieni znalazł się na Złej Ziemi. Dojście do nich zajmie mu tylko...
  ...kilka minut. Za kilka minut Zanadi rozprawi się ze swoim synem, który złamał zakaz. Ruszyła w jego stronę skradając się. Vanashi i Tihai nie mogli pozwolić aby ich matka dobrała się do tych lwiątek. Znali ją dość długo by wiedzieć, że jeśli z księżniczki zostanie mokra plama to będzie miała dużo, dużo szczęścia...

I : Wycieczka krajoznawcza i kłopoty


 Słońce posłało swoje promienie na sawannę, której większa część nadal była schowana w mroku. Wszyscy byli pogrążeni w lekkim lub mocniejszym śnie. Wszyscy poza jednym małym lwiątkiem, które nie spało już od dłuższego czasu...
  Wraz z nastaniem świtu Kiara leniwie wynurzyła się z Lwiej Skały ziewając od czasu do czasu. Za nią wyszedł Kovu mrużąc oczy w świetle poranka. Ziewnął przeciągle, po czym powiedział:
   - Naprawdę nie mam pojęcia jakim cudem zdołałaś mnie nakłonić na to przedsięwzięcie - ziewnął przeciągle, po czym spojrzał na żonę.
  Kiara uśmiechnęła się promiennie i przytuliła do męża.
   - Widocznie mam w sobie to coś... Zresztą doskonale wiedziałeś, że tak będzie, zwłaszcza, że twój syn maczał w tym łapki.
  Kovu nie zdążył odpowiedzieć, bo z jaskini wybiegło lwiątko o ciemnej sierści, które zaczęło skakać między rodzicami.
   - O zebrze mowa - uśmiechnęła się Kiara - Ravu przestań tak skakać i posłuchaj co mamy ci do powiedzenia.
  Lwiątko posłusznie przystanęło i zaczęło przyglądać się rodzicom. Kovu odchrząknął.
   - Wiemy, że znasz sawannę jak własny ogon, ale to nie znaczy, że możesz sobie pozwolić na szaleństwa. Twoja siostra dopiero wczoraj miała prezentację, a ty już ponad trzy lata temu, więc nas posłuchaj. Masz jej pilnować jak oka w głowie, rozumiesz?
  Ravu przybrał najpoważniejszą minę, na jaką było go stać.
   - Wiem, tato. Będę na nią uważał, jest przecież moją siostrą.
   -  Bardzo się cieszę, że zachowujesz się tak odpowiedzialnie, skarbie - powiedziała Kiara i polizała syna po głowie. Ten jednak szybko umknął, czując, że taka czułość ze strony matki może bardzo zepsuć reputację.
  Tymczasem na skale pojawiło się malutkie lwiątko o jasnej sierści, którego ogromne oczka chłonęły z zaciekawieniem całą okolicę.
  Kiara podeszła do lwiątka i przytuliła się do niego. Gdy się odwróciła, zobaczyła syna i męża siedzących obok siebie. Zdała sobie wtedy sprawę, że Ravu był kropka w kropkę jak młody Kovu.
  Odwróciła się do lwiątka i powiedziała:
   - Ty i twój braciszek pójdziecie teraz na sawannę, tak jak mnie prosiłaś. Obiecaj mi tylko, że będziesz ostrożna i grzeczna, dobrze?
  Lwiczka kiwnęła głową i pobiegła przed siebie.
   - Navali, czekaj! - krzyknął Ravu i ruszył za nią.
  Przemierzali razem sawannę, skakali po drzewach, kamieniach, gonili motyle i grali w różne gry. Po jakimś czasie znudziło im się to i zaczęli krążyć bez celu.
  Ravu był coraz bardziej znudzony i niezadowolony. Żałował, że zgodził się zająć siostrą. Miał lepsze rzeczy do roboty.
  Gdy tak rozmyślał nie zauważył, że Navali zniknęła mu z oczu. Zorientował się dopiero jakiś czas później i wpadł w panikę.
  Tymczasem lwiczka nie przejęła się zbytnio bratem i podążała własnymi drogami. Tu przegoniła motyla, tam przestraszyła jaszczurkę. Czuła się wspaniale.
  Ravu krążył po sawannie nawołując siostrę. Podążył w stronę granicy ze Złą Ziemią. Nie myślał, że znajdzie tam siostrę, ale poszedł tam kierując się impulsem. Rodzice zabronili im przekraczać granicy, mówili, że mogły tam zostać lwy, które nie były zbyt przyjazne.
  Tymczasem Navali podążała brzegiem rzeki. Nagle usłyszała wołanie, ale nie wiedziała z której strony ono dochodziło. Zauważyła zwalone drzewo i nań weszła.
  Drzewo było mocno spróchniałe i wilgotne. Gdy lwiczka przebyła połowę tego "mostu", coś chrupnęło i kłoda pękła na pół. Navali przeskoczyła dziurę i zaczepiła się pazurkami kłody zwisającej z brzegu. Korzenie zaczęły się osuwać grożąc zwaleniem do wody. Lwiczka zaczęła się wspinać, a gdy zaczepiła pazurkami o wystającą skałę, próchno spadło do rzeki.
  Zmęczona Navali wdrapała się na brzeg i położyła na trawie.
  Ravu usłyszał trzask, a po chwili plusk spadającego drzewa. Pobiegł szybko w stronę rzeki. Na brzegu zobaczył ślady małych łapek i pazurków, ale po drugiej stronie rzeki nie było żadnych śladów.
  Nasunął mu się tylko jeden wniosek: jego siostrzyczka utopiła się w rzece. Nie wiedział teraz jak spojrzy w oczy rodzicom. Kazali mu przecież jej pilnować
  Usiadł na brzegu i zaczął myśleć, co powie, gdy wróci.
  Navali usłyszała ciche warknięcie i jakieś głosy.
   - Vanashi, zobacz co tu leży - powiedział pierwszy głos.
   - Nie jestem ślepa, Tihai (czyt. Tiaj). - odpowiedział drugi głos nazwany Vanashi. - Nie dałabym jej więcej niż trzy miesiące. Na pewno przyszła z Lwiej Ziemii...
   - Chodźmy po mamę - zawołał nagle Tihai.
   - Jak chcesz, ale powinieneś być bardziej samodzielny. Nie uważasz?
  Tihai odburknął coś i pobiegł gdzieś.
   - Vanashi, idziesz? - krzyknął.
   - Idę! - odkrzyknęła Vanashi.  - To mi się nie podoba... - dodała i pobiegła za lwem.
  Navali dopiero teraz odważyła się otworzyć oczy.
   "Tata miał rację", pomyślała, "Nie wolno tu chodzić. Tu mieszkają inne, złe lwy".
  Odwróciła się, chcąc znaleźć wyjście. Nie zauważyła, że ktoś przyczaił się w zaroślach.
  Usłyszała warknięcie i z krzaków wyszedł lew mniej więcej w wieku Rava. Wpadła w panikę i zaczęła się cofać w stronę brzegu. Wysiliła się na jedno nieudolne warknięcie. Lew tylko się zaśmiał i zaczął kierować się w stronę lwiczki.
  Ravu dostrzegł jakiś ruch na drugim brzegu. Potem nastąpiło warknięcie, a w odpowiedzi doszło drugie, bardzo nieudolne. To mu wystarczyło.
  Wskoczył na pobliską skałę i ujrzał siostrę cofającą się w stronę wody. Przed nią stał lew, który zaczął kierować się w jej stronę bez cienia dobrych zamiarów.
  Ravu spanikował i zaczął bezmyślnie się rozglądać. W oddali dostrzegł kamienie, które pozwoliłyby mu na przeskoczenie rzeki. Nie czekając ruszył w tamtą stronę.
  Navali wstąpił na grzbiet zimny pot. Była jeszcze bardzo mała, ale wiedziała jedno: zaraz zostanie rozszarpana na strzępy.

                                                         PRZENIESIONE Z :
                                                http://codalejlewku.blog.onet.pl